Jakub Wątor

Napisz do autora:
jakub.wator@agora.pl

RSS


RSS
poniedziałek, 31 marca 2014

55-calowy telewizor Samsunga, laptop HP, odkurzacz Boscha - wszystko za 1 zł. Takie okazje oferuje internautom serwis Aleklik.com - wystarczy się zarejestrować. Jednak pod przykrywką serwisu aukcyjnego kryje się jedynie usługa sms-owa. Płatna - codziennie 2,46 zł.

Oferty wyglądają bardzo atrakcyjnie - większość sprzętu ma cenę 1 zł i wyglądają, jak wystawione na aukcjach. Co więcej - wszystkie aukcje mają zegar odliczający czas do ich zakończenia i większość (zwłaszcza te na pierwszej podstronie) kończą się w ciągu kilku, kilkunastu minut. Jest zatem atrakcyjna cena i „ostatnia chwila” na skorzystanie z okazji, na co chętnie mogą dać się łapać internauci.

Aby skorzystać z ofert, trzeba się zarejestrować w serwisie, a to jest możliwe tylko po podaniu numeru telefonu. Internauta dostaje sms-a z kodem PIN, który musi wpisać na stronie. Nigdzie na stronie internetowej nie można znaleźć jej regulaminu. Internauta nie wie więc, na co tak naprawdę się pisze.

Link do regulaminu dostać można dopiero w sms-ie po zarejestrowaniu się. Okazuje się wtedy, że to wszystko jest pułapką. Wylicytować w aukcji nic się nie da - są one automatycznie podbijane (zapewne przez roboty komputerowe), a czas ich trwania po każdym podbiciu się wydłuża. Serwis ma już za to nasz numer telefonu, a wpisanie PIN-u jest równoznaczne z aktywacją usługi sms-owej. Oczywiście płatnej. Codziennie o godz. 9 rano na telefon przychodzi SMS Premium, który kosztuje 2,46 zł z VAT-em. Miesięcznie nabije to rachunek na 74 zł. - Wszyscy moi znajomi robią „wielkie oczy”, gdy im opowiadam o tym dziwnym mechanizmie. Ostatnio padło też ofiarą dziecko mojej znajomej, a raczej ona sama - musiała zapłacić duży rachunek. - opowiada Marta, która dała się złapać na stronie Aleklik.com.
Według regulaminu właścicielem strony jest firma AleKlik Solutions LLC z siedzibą w Stanach Zjednoczonych. Nie ma podanego kontaktu do jakiejkolwiek osoby z Polski, jest jedynie adres mailowy do administratora strony.

Aby wyłączyć tę usługę, najlepiej skontaktować się z biurem obsługi klienta swojej sieci komórkowej.

Tagi: Przekręty
14:06, eprzekret
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 marca 2014

Preparaty na powiększenie penisa, na odchudzanie czy na oczyszczanie organizmu - to niektóre z kolejnych środków, jakie w sieci sprzedaje Piotr Kaszubski, znany także jako „młody milioner”. Przy okazji stosuje kilka sztuczek, które są jawnym oszustwem. Sam Kaszubski twierdzi jednak, że... nie ma z tym nic wspólnego.

Kaszubski zyskał pewną sławę, chwaląc się swoimi dokonaniami biznesowymi. Od kilkunastu miesięcy pojawia się w mediach, twierdząc, że jego firmy są warte kilka milionów. Ani razu nie udowodnił jednak tego, a wszystkim, na co powołuje się część mediów, są jego słowa. Mimo to okrzyknięto go „najmłodszym polskim milionerem”. Biznesy Piotra Kaszubskiego, a raczej sposób ich promowania jest jednak pełen nie do końca czystych zagrań.

Whitetime i fikcyjna pani stomatolog

Wystarczy spojrzeć na stronę internetową jego flagowego produktu - zestawu Whitetime, czyli żelu wybielającego zęby i stomatologicznych nakładek. Produkt firmowany jest twarzą i nazwiskiem stomatolog Marii Hopfner.

Problem w tym, że żadna dr Maria Hopfner nie istnieje - nie ma takiej osoby w Centralnym Rejestrze Lekarzy RP. Co więcej, osoba na zdjęciu to także nie lekarz, a tylko kobieta, która zapozowała do zdjęcia, by móc je potem sprzedać na internetowej giełdzie zdjęć iStock.

Czy produkt firmowany przez fikcyjną panią stomatolog może być wiarygodny? Według słów Piotra Kaszubskiego, efekty sprzedaży Whitetime są doskonałe. 26 marca opublikował on na swoim Facebooku informację, jakoby Whitetime „przejął 71 % całego Polskiego rynku Healthcare z zakresu wybielania w 10 miesięcy”. Próbowałem znaleźć w internecie wyniki badań rynku, o których mówi Kaszubski. Niestety, nie udało mi się to. Poprosiłem samego Kaszubskiego o podanie źródła tej informacji. Jak na razie nie dostałem od niego odpowiedzi.

Whitetime zarejestrowane jest na firmę Whitetime Professional Distribution LLC z siedzibą w USA. Z tą samą firmą mają związek inne strony internetowe sprzedające preparaty.

Powiększ penisa, wyczyść zmarszczki

To witryny zbudowane są na tej samej zasadzie, co witryna Whitetime - taki sam jest system płatności, układ strony etc. Mowa między innymi o preparatach: Penivit - na powiększenie penisa, Błonnik Beta - na oczyszczanie organizmu, Mitoxine - na walkę z nałogami, Hialuro Ultra - na usuwanie zmarszczek czy Lipoxine - na odchudzanie. Wszystkie witryny mają ten sam regulamin, który mówi, że ich właścicielem jest spółka HG Limited zarejestrowana w Republice Wysp Marszala.

Jednak gdy dochodzi do płacenia za zamówiony produkt, okazuje się, że pieniądze mają zostać przelane na konto WPD LLC, czyli Whitetime Professional Distribution LLC.

Kradzione zdjęcia lekarzy

Strony powyższych preparatów także wyglądają podejrzanie. Dla przykładu spójrzmy na stronę Penivitu. Polecają go m.in. 29-letnia Kamila i 33-letni Paweł:

Takie osoby nie istnieją, zdjęcia Kamili i Pawła to tak naprawdę zdjęcia kupione z internetowej bazy zdjęć: kobieta, mężczyzna.

Również „profesor nano biotechnologi” Adam Grutchen-Mayer, który polecają Penivit, nie istnieje. 

Tu jednak zdjęcie nie jest kupione na giełdzie, a po prostu skradzione. Osoba ze zdjęcia to w rzeczywistości doktor Ronald W. Alm specjalizujący się w chirurgii nóg i stóp. Ma on swoje gabinety w amerykańskim stanie Idaho.

Kradzione zdjęcia lekarzy już kilkakrotnie pojawiały się na stronach produktów firm, które mogą być związane z Piotrem Kaszubskim lub po prostu należących do niego. Gdy internauci odkrywali te oszustwa, zdjęcia były usuwane.

Milioner czy oszust?

Sława „młodego milionera”, jaką zyskał Kaszubski jest często poddawana w wątpliwość, a metody, jakie stosuje on przy promowaniu swoich produktów niekoniecznie podwyższają jego wiarygodność. Poza sprzedażą preparatów w internecie, Kaszubski ma jeszcze klinikę medycyny estetycznej „Estinity”. Pracują w niej prawdziwi lekarze i odwiedzają ją prawdziwi pacjenci. To właśnie ona ma być głównym źródłem dochodów Kaszubskiego, twierdzi, że jest warta kilka milionów złotych. Czy rzeczywiście tak jest?

Kaszubski: nie muszę niczego udowadniać

Oprócz prośby o źródło informacji o „przejęciu 71 proc. rynku wybielania zębów przez Whitetime”, zapytaliśmy między innymi o to, czy jest gotów pokazać swoje zeznanie podatkowe lub dokumenty z wynikami finansowymi kliniki Estinity, by udowodnić, że rzeczywiście miliony, o których tak chętnie mówi, są prawdziwe.

Kaszubski stwierdził, o 71 proc. rynku mówi „na podstawie danych sprzedaży Ultradent (Opalescence), Nite White, Vitaprodukt (Biała Perła), Blanx w drogeriach i w internecie”, czyli na podstawie wyników sprzedaży swojej konkurencji. Skąd ma te dane, nie napisał. - Jeżeli 80 proc. portali internetowych zawiera reklamę Whitetime, to myśli Pan, że jak dużo może sprzedawać się produktów, gdy główny odbiorca strategiczny to osoby 18-38 spędzające dużo czasu w internecie. To 16 mln Polaków, którzy pokrywają się z targetem produktów - tłumaczy Kaszubski. Zapytaliśmy o jakich 80 proc. jakich portali mówi, ale na razie nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

Nie zobaczymy także zeznania podatkowego Piotra Kaszubskiego, ani wyników jego kliniki Estinity, bo jak twierdzi, „nie ma potrzeby niczego udowadniać”. Piotr Kaszubski nie odpowiedział na pytanie, dlaczego na stronie Whitetime używa fikcyjnego zdjęcia i nazwiska nie istniejącego lekarza, co jest wprowadzaniem w błąd klienta.

Zapewnia jednak, że preparaty wyżej opisane (m.in. Penivit, Błonnik Beta, Lipoxine) nie należą do niego. - A firma Glob 360 Sp z.o.o otrzyma ode mnie pozew cywilny za te wszystkie pomówienia - zapowiada. Chodzi o właściciela portalu NaTemat.pl, który także opisywał jego powiązania z tymi preparatami.

Kaszubski do mnie: jesteś gnidą

W piątek wieczorem po publikacji tego artykułu Piotr Kaszubski jeszcze raz odezwał się do autora tego artykułu i obraził go, nazywając "gnidą" i "szczurem" w wiadomości na Facebooku, co widać na poniższym obrazku:



Piotr Kaszubski nie odpowiedział na pytanie o 80 proc. portali, wymienił jedynie kilka rodzajów reklam, z których korzysta.



17:04, eprzekret
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 marca 2014

21.07.2008 WROCLAW SCIANA GALERII BWA MIEDZYNARODOWA WYSTAWA SZTUKI MIEJSKIEJ -

Prezydent Barack Obama spotkał się z szefami sześciu wielkich korporacji internetowych i technologicznych. Zapewnił, że dąży do osiągnięcia równowagi pomiędzy inwigilacją internautów, a ich prawem do prywatności. Tymczasem były, prezydent USA Jimmy Carter przyznał, że ze strachu przed inwigilacją wysyła listy... pocztą tradycyjną.

Pretekstem do spotkania pod koniec zeszłego tygodnia był między innymi telefon, jaki do Obamy w połowie marca wykonał Mark Zuckerberg. Szef Facebooka opisał potem tę rozmowę na swoim profilu. "Kiedy nasi inżynierowie pracują, by zwiększyć bezpieczeństwo, wyobrażamy sobie, że robimy to, by zabezpieczyć się przed przestępcami, a nie przed własnym rządem" - pisał Zuckerberg.

Obama rozmawiał z szefami największych firm internetowych i technologicznych. W spotkaniu, oprócz Zuckerberga, udział wzięli dyrektor generalny Google Eric Schmidt oraz szefowie: Netflixa - Reed Hastings, Dropboxa - Drew Houston, Palantir Technologies - Alex Karp i Boxa - Aaron Levie.

Nie wszyscy giganci byli obecni. Szefowa Yahoo Marissa Mayer mimo zaproszenia, nie zdołała na nie przybyć - była w dalekiej podróży. Na spotkaniu nie mogli się także pojawić przedstawiciele Microsoftu, LinkedIna i Twittera.

Obietnice Baracka Obamy


Prezydent USA zapewnił w czasie spotkania, że cały czas dąży do tego, by zrównoważyć stopień prywatności internautów z potrzebami inwigilacji dla bezpieczeństwa kraju. Na potwierdzenie swych słów przypomniał, że jego administracja już skończyła z częścią metod, które ujawnił Edward Snowden. Obiecał dalej ograniczać inwigilację, jednocześnie przypominając, że w pewnym stopniu jest ona niezbędna dla walki z terroryzmem.
Obama stwierdził też, że czuje się zobowiązany do podjęcia kroków, które pozwolą ludziom uwierzyć, że ich prawa rzeczywiście są chronione, nawet gdy administracja używa pewnych narzędzi do zapewnienia bezpieczeństwa.

Po spotkaniu Facebook wydał oficjalny komunikat, w którym pisze między innymi, że dotychczas podjęte przez amerykański rząd kroki w celu zreformowania metod nadzoru są niewystarczające. "Ludzie na całym świecie zasługują na to, by wiedzieć, że informacje o nich są bezpieczne i Facebook będzie naciskał amerykański rząd, by był bardziej transparentny w swych praktykach i by bardziej chronił swobody obywatelskie" - czytamy w komunikacie.
Pozostałe firmy odmówiły komentarza. Lisa Gordon, rzeczniczka prasowa Palantir Technologies - firmy produkującej oprogramowanie m.in. dla amerykańskiego rządu - stwierdziła, że nie skomentuje niczego, bo spotkanie miało charakter nieoficjalny.

Kto kogo podgląda?


Telefon Marka Zuckerbergera sprzed dwóch tygodni i spotkanie sprzed kilku dni to kolejna sytuacja, gdy wielkie koncerny chcą pokazać, jak walczą o prawo do wolności w internecie. Wszystko przez to, że na masowej inwigilacji prowadzonej przez NSA same mogą ucierpieć. Internauci nie lubią portali, które ich podglądają. Takie podejrzenie padło głównie na Facebooka i Google, gdy w połowie zeszłego roku prezydent Obama przyznał, że jego służby podsłuchują internautów. Chodziło o prowadzoną przez NSA operację "PRISM" ("PRYZMAT"), dzięki której NSA mogła kontrolować niemal wszystko - również skrzynki pocztowe Gmail czy prywatne wiadomości na Facebooku.

Pierwsze pytanie, jakie padło ze strony internautów, to czy wielkie korporacje były w to zamieszane - szczególnie, że tak twierdziły dzienniki "Guardian" i "Washington Post".
Firmy od razu tym pogłoskom zaprzeczyły. "Nie przystąpiliśmy do żadnego programu, który dawałby rządowi Stanów Zjednoczonych - ani żadnemu innemu rządowi - bezpośredni dostęp do naszych serwerów" - napisał w oświadczeniu współzałożyciel Google Larry Page.
Mark Zuckerberg zaś nazwał doniesienia prasowe "oburzającymi" i również zapewnił, że Facebook nigdy nie był częścią programu, który zakładałby bezpośredni dostęp jakiegokolwiek rządu do serwerów tego portalu.

Kolejna runda rozmów


Wtedy rozpoczęła się walka o zmniejszenie inwigilacji, później co jakiś czas odbywały się kolejne rundy. Najgłośniejsza z nich jak do tej pory miała miejsce w grudniu, gdy ośmiu amerykańskich gigantów internetowych i technologicznych - Google, Microsoft, Apple, Facebook, Twitter, Yahoo, LinkedIn i AOL - napisało wspólny list do Baracka Obamy. "W wielu krajach równowaga między uprawnieniami władz i prawami obywateli została naruszona - nastąpił przechył w stronę państwa. (...) To podkopuje wolności, które wszyscy tak bardzo cenimy. Czas na zmiany" - stwierdziły firmy.

Obama stopniowo - również pod wpływem kolejnych odkrywanych przez Edwarda Snowdena informacji - temperuje działania swoich służb. Ciekawie będzie już 28 marca, gdy minie czas, który prezydent dał pracownikom NSA na pozbycie się zbioru nagrań z milionami rozmów telefonicznych obywateli.

Prezydent listy pisze


W jakiej formie ośmiu gigantów wysłało list do Obamy? Tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, w jaki sposób listy wysyła były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter. Wysyła je w sposób... tradycyjny. - Kiedy chcę się skontaktować z zagranicznymi liderami politycznymi, piszę ręcznie lub na maszynie list, idę na pocztę i po prostu go wysyłam - zdradził Carter w rozmowie z NBC News. Gdy rozmawiająca z nim dziennikarka zwróciła uwagę, że to dość staroświecka i powolna metoda komunikacji, Jimmy Carter odparł, że to prawda, ale "jest w stanie uwierzyć w to, że gdyby wysłał maila, to zostałby on przeczytany". Były prezydent w wywiadzie wsparł także działania Edwarda Snowdena.

Zdjęcie: Łukasz Giza/Agencja Gazeta, ściana galerii BWA we Wrocławiu - Międzynarodowa Wystawa Sztuki Miejskiej "Artyści zewnętrzni. Out of sth", praca Petera Fussa.

16:07, eprzekret
Link Dodaj komentarz »