Jakub Wątor

Napisz do autora:
jakub.wator@agora.pl

RSS


RSS
piątek, 18 lipca 2014

Oszust z Allegro

Niewiele trzeba, by oszukać ponad setkę osób na kilkanaście tysięcy złotych. Udowodnili to złodzieje, w sprawie których dochodzenie prowadziła legnicka policja. Zostało ono umorzone.

Niektórzy oszuści są na tyle sprytni, że policja bezradnie rozkłada ręce, gdy przychodzi do ich ścigania. A internauci - w tym przypadku allegrowicze - pozostają z pustymi portfelami.Za każdym razem przy zakupach przez internet trzeba sprzedawcę dokładnie zweryfikować. - Jeśli ktoś ma takie wątpliwości, niech wybiera zaufanych sprzedawców, którzy pracują na opinię długie lata. Można też skontaktować się ze sprzedawcą przed dokonaniem transakcji - podpowiada Anna Tokarek z biura prasowego Allegro. Ale przed transakcją można się skontaktować, o ile sprzedawca podał dane na stronie „o mnie” lub umieścił je w opisie aukcji. Jeśli nie, kontakt jest możliwy dopiero po dobiciu targu.

Ten, kto nie dochowa zasad bezpieczeństwa lub nie zwróci uwagi na brak kontaktu czy krótką historię konta na Allegro (opisywany oszust miał je od 9 miesięcy), może skończyć tak, jak w poniższej historii. Za tego typu przestępstwa grozi od pół roku do 8 lat więzienia.

Bardzo tani pendrive

- Zobaczyłem, że ma 500 pozytywnych komentarzy i tylko 2 negatywne. Kupiłem pendrive’a SanDisk Extreme o pojemności 64 GB za 129 zł - opowiada Marcin Kubiński. To był początek grudnia zeszłego roku, dwa dni później nasz czytelnik wysłał maila z pytaniem, czy pendrive’a wysłano. Dostał odpowiedź potwierdzającą. Ale towar nie przychodził, pan Marcin próbował się kontaktować - na maile nikt nie odpowiadał, telefon był wyłączony.

Oszust działał na Allegro z konta „okazjealegro”. Sprzedawał na nim drobny sprzęt elektroniczny - maszynki do golenia, ostrza, pendrive’y, gry na konsole. Zrealizował 500 aukcji, by zdobyć zaufanie internautów. Potem zaczął oszukiwać.

Tak samo jak Marcina Kubińskiego udało mu się jeszcze nabrać ponad sto osób. 55 z nich złożyło doniesienie na policję - są poszkodowane na ponad 13 tys. zł. Złodzieja nie udało się złapać. Postanowienie Prokuratury Rejonowej z Legnicy o umorzeniu dochodzenia pokazuje, jak łatwo oszust zagrał na nosie śledczym.

Cała seria słupów

Konto na Allegro oszust założył na pana Andrzeja z Wrocławia. Pan Andrzej na przesłuchaniu stwierdził, że nie tylko nie zamieszczał żadnych aukcji, ale nawet nie ma na Allegro konta. Ba - nie korzysta z internetu, bo... nie ma komputera! Stracił swego czasu dowód osobisty, a ten, kto go zdobył, założył na niego konto. Wrocławianin złożył w tej sprawie zawiadomienie na policji, ale postępowanie umorzono ze względu na niewykrycie sprawcy.A więc oszust ma już konto na Allegro na pana Andrzeja, ale zwykle można przecież wykryć taką osobę po numerze IP. Nie tym razem. Oszust kupił sobie telefoniczną kartę pre-paid, odpalił w niej internet i podłączył telefon do komputera. IP wskazywało więc nie na lokalizację komputera, ale na kartę telefoniczną. A karta była pre-paidowa, a więc nie zarejestrowana na żadną osobę. Również numery telefonów, które oszust podawał w aukcjach były przypisane do kart pre-paid.

Trzeba jeszcze gdzieś pieniądze przelewać. Oszust założył konto w Alior Banku na nazwisko pana Adama, ale na PESEL innej osoby, na nr dowodu osobistego jeszcze innej osoby i na adres jeszcze innej. Wszystkie zaprzeczyły, by miały z przekrętem cokolwiek wspólnego.Policja sprawdziła historię rachunku w Aliorze i wyszło jej, że oszust pieniądze wypłacał w bankomacie przy ul. Neptuna w Legnicy. Monitoring to klucz? Nie tak prędko. „(...) z uwagi na złą jakość nagrania oraz celową charakteryzację osoby wybierającej [pieniądze z bankomatu] nie udało się ustalić jej rysopisu i jej zidentyfikować” - czytam w uzasadnieniu umorzenia.

Policja bezsilna

Linijkę dalej w uzasadnieniu prokuratura pisze, że w trakcie dochodzenia wykonano jeszcze „szereg innych czynności procesowych i poza procesowych zmierzających do ustalenia sprawcy”, ale nie przyniosły one spodziewanych rezultatów.

Podsumowując: oszust miał anonimową kartę telefoniczną, z której łączył się z internetem oraz konto bankowe i konto na Allegro na inne osoby. Zaprzeczyły one, że oszukują, więc śledztwo umorzone. Proste? Proste.

Jak działał oszust

Jak te konta założone? Nie sądzę, by oszust lutnął jednemu, drugiemu i trzeciemu jegomościowi na ulicy, zabrał ich dowody osobiste i zaczął hulać w internecie. Raczej dowody (a zapewne nawet tylko ich skany) kupił w sieci. Kupił je pewnie na giełdach w sieci TOR - a żeby trafić na taką giełdę, trzeba najpierw umieć wejść w TOR. Jeśli tam kupił dowody, płacił bitcoinami - to też trochę zachodu, jednak bardziej sprawny internauta potrafi to zrobić.

Pozostaje jeszcze kwestia konta bankowego - to w Aliorze było założone de facto na cztery osoby (od każdej kolejnej oszust wziął: imię i nazwisko, PESEL, nr dowodu i adres). Potwierdził je mikroprzelewem z innego konta - aby to Aliorowe (konto I) zostało uruchomione, konto „weryfikujące” (konto II) musiało mieć to samo imię, nazwisko i adres. Konto II też musiało być jakoś uruchomione - zapewne też mikroprzelewem z konta III. Konto III zapewne podobnie - można by tak brnąć i brnąć, ale ostatnie (a pierwsze założone w czasie rzeczywistym) konto w tym łańcuszku musiało być założone na dane jednej osoby (a nie czterech, jak w koncie I). I ta jedna osoba musiała fizycznie w jakimś banku się pojawić. Pewnie był to słup - może wynajęty za 50 zł bezdomny, ale ktoś konkretny to był! Czy policja to sprawdziła? Z uzasadnienia umorzenia to nie wynika. A być może oszust zostawił ślady jeszcze gdzieś indziej...

W tej historii oszukani mogą jeszcze szukać nadziei w Allegro. - Skoro sprawa została wszczęta, to można się ubiegać o odszkodowanie w Programie Ochrony Kupujących Allegro. Osoby oszukane zgłaszają do nas przypadek, a my uruchamiamy procedurę zwrotu pieniędzy - mówi Tokarek.

 

Tagi: Przekręty
14:26, eprzekret
Link Komentarze (1) »
środa, 16 lipca 2014

Ogłoszono właśnie, że Jacek Dominik został tymczasowym komisarzem Unii Europejskiej ds. budżetowych. A ja zastanawiam się, jak to możliwe, by za unijną kasę odpowiadał człowiek, który - jeśli wierzyć internetowi - nie do końca kontroluje kasę własną i jest "oszustem".

Świeżo upieczony komisarz UE ds. budżetowych ma dług - 6818 zł. Spójrzcie pod tym linkiem. Otwórzcie go w Firefoxie. To puste okienko po lewej stronie to zdjęcie, które nie wyświetla się zapewne z racji błędu na stronie. Ale można je zobaczyć, klikając prawym przyciskiem i używając opcji "Pokaż informacje o obrazku". I oto co widzimy:

Krzysztof Habiak oszusci.org

Ów pan na zdjęciu, to właśnie Jacek Dominik. Urzędnik - do niedawna państwowy, teraz unijny. Był szefem Służby Celnej, wiceministrem finansów, pełnomocnikiem rządu ds. wprowadzenia euro przez Polskę itd. itp.

Oczywiście początek tego tekstu jest naciągany, przewrotny. Komisarz Jacek Dominik żadnego długu nie ma. Nie ma go także właściciel pracowni protetyki stomatologicznej spod Wrocławia Jacek Dominik, którego dane są wpisane przy zdjęciu Jacka Dominika-komisarza.

To właśnie on odezwał się do mnie w tej sprawie. - Nie było by w tym nic dziwnego, gdybym na zdjęciu był ja , ale to nie ja. Nie wiem, czy mam się obrazić - żartuje pan Jacek Dominik ze Śląska.

W ten oto sposób poczyna sobie Krzysztof Habiak, który naciąga przedsiębiorców na opłaty, wysyłając im maile zachęcające do odwiedzenia serwisu „De Lege Artis”. Kto nie chce płacić, trafia na stronę oszusci.org. Strona automatycznie zasysa danego rzekomego dłużnika i dołącza do nich pierwsze zdjęcie, jakie wyświetla się w Google po wpisaniu imienia i nazwiska tej osoby. Jacek Dominik i Jacek Dominik mieli pecha - jeden, bo jego twarz widnieje przy cudzym fikcyjnym długu. Drugi, bo widnieją jego dane przy tym samym fikcyjnym długu. Opisywałem ten mechanizm już kilkukrotnie.

Przykład panów Jacków Dominików pokazuje, jak kuleje nasze prawo. Habiak ma już na swoim koncie wyrok, ma zarzuty w kolejnej sprawie (serwis kbiz.pl), ba - w prokuraturze na warszawskim Mokotowie toczy się też postępowanie w sprawie serwisu „De Lege Artis”. Mimo to ten sam Krzysztof Habiak może sobie wrzucać na stronę oszusci.org unijnego komisarza ds. budżetowych i zadowolony wyłudza kolejne pieniądze. Czekam aż przypadkiem trafi na jakiegoś przedsiębiorcę, który nazywa się na przykład Bronisław Komorowski albo Jarosław Kaczyński. Bo taki premier ma więcej szczęścia - Donaldów Tusków raczej jest w Polsce niewielu.

 

piątek, 11 lipca 2014

De Lege Artis, Krzysztof Habiak, oszusci.org

Jak zapowiadałem w notce poniżej, wklejam tu pismo, które wypełnić i zanieść do prokuratury powinien każdy, kto czuje się poszkodowany przez działania Krzysztofa Habiaka oraz jego serwisu De Lege Artis i (prawdopodobnie także jego) oszusci.org.

Pismo sporządził pan mecenas Łukasz Poszwiński z poznańskiej Kancelarii Poszwiński.

Plik wrzuciłem na Dysk Google, jest pod TYM ADRESEM. Można go też ściągnąć na dysk, po kliknięciu w menu "Plik" i "Pobierz".

Do dokumentu należy dołączyć wszystkie dowody - maile, pisma, screeny ze stron - wszystko, co dowodzi domniemanej winy Krzysztofa Habiaka.

 

De Lege Artis, Krzysztof Habiak, oszusci.org

Po tym, jak Krajowy Rejestr Długów zerwał umowę z Krzysztofem Habiakiem, w sieci pojawiła się nowa strona z dłużnikami. Teraz ofiary De Lege Artis otrzymują wiadomości o wpisaniu na oszusci.org. A wśród ofiar kolejni celebryci - oprócz Krzysztofa Ibisza, złapać dał się także Piotr Rubik.

Piszę o tym w dzisiejszej „Wyborczej”, ale na papierze nie wszystko dało się ująć. Przede wszystkim - jestem po rozmowach z kilkoma prawnikami, którzy wytłumaczyli, co dalej robić i zaoferowali pomoc.

Ale po kolei: nie można na 100% powiedzieć, że stronę oszusci.org założył Krzysztof Habiak. Nie ma na niej żadnych danych kontaktowych, a domenę wykupił ktoś mający IP w... Kuala Lumpur. Zadzwoniłem jednak do kilku osób, które zostały na tę stronę wpisane i każda z nich mówi, że to efekt maila od Krzysztofa Habiaka i słynnego już jednego kliknięcia.

Szwindel ten jest wyjątkowo bezczelny: na oszusci.org publikowane są nie tylko imię i nazwisko oraz dane osobowe rzekomego dłużnika, ale nawet jego zdjęcie. Myślicie, że ktoś się musiał dużo napracować? Nic takiego. Przecież osób, które dostały mail z De Lege Artis są tysiące. Nikomu nie chciałoby się wklepywać każdego z osobna i jeszcze szukać do każdego zdjęć. Dane wpisywane są automatycznie, a zdjęcia zasysane są automatycznie z Google. Do każdej osoby automat dołącza pierwsze zdjęcie, jakie pod jej nazwiskiem wyskakuje w wyszukiwarce. Spójrzcie chociażby na niejakiego pana Wojciecha Bednarskiego z Torunia, który wielkim oszustem i dłużnikiem jest, bo rzekomo nie zapłacił 47,90 zł. W Google pod hasłem „Wojciech Bednarski” jako pierwszy wyświetla się radny miasta Podgórza, pedagog i działacz społeczny, żyjący w latach 1841-1914, więc do oszusci.org zassało zdjęcie pomnika tej wybitnej postaci, który znajduje się w parku jej imienia zresztą...

Na stronie jest też wspomniany już Piotr Rubik. Pewnie go kojarzycie, choćby ze znanego utworu „Niech mówią, że to nie jest miłość”. Wyśmiewała to młodzież za klaskające chóry, ale mnie się ten kawałek zawsze podobał. Poza tym Piotr Rubik dużo dobrego zrobił w mych rodzinnych Kielcach ;)



Ale do rzeczy - rozmawiałem z panem Piotrem, który opowiedział, że maila od Krzysztofa Habiaka odebrał na iPhonie akurat, gdy był za granicą, i kliknął. - Mail był tak skonstruowany, by wzbudzić moją ciekawość. Siłą rzeczy kliknąłem na link. Patrzyłem, że jest regulamin w sensie plików cookies. Uznałem, że to normalne - opowiada Rubik.

Kliknął i po chwili faktura - uwaga, uwaga - na ponad 10 tys. zł netto! Krzysztof Ibisz przy Piotrze Rubiku może mówić o dużym szczęściu - on dostał od Habiaka fakturę na „zaledwie” 815 zł. Potem u Rubika było klasycznie: nakazy, straszenie Krajowym Rejestrem Długów, aż w końcu „witamy na oszusci.org”. Co ważne, a czego nie napisałem w papierowej „Wyborczej” z braku miejsca - Habiak straszy też wizytami windykatorów w domu i firmie oraz rozesłaniem do wszystkich pobliskich firm maila z informacją, że „waszym sąsiadem jest dłużnik i oszust”!

Rozmawiałem z prawnikiem Piotra Rubika, panem Łukaszem Bobełem. Opowiedział mi o działaniach, jakie podjął. Oto pełna jego odpowiedź:

Do pana Krzysztofa Habiaka w pierwszej kolejności zostało skierowane pismo, w treści którego mój Klient:

  1. Kategorycznie zaprzeczył, jakoby składał jakiekolwiek oświadczenie woli w rozumieniu przepisów Kodeksu cywilnego, o wyrażeniu zgody na związanie się umową z panem Habiakiem oraz na jej treść - w związku z czym umowa nie została zawarta i nie powstało po stronie mojego Klienta żadne zobowiązanie do zapłaty;
  2. dodatkowo, z daleko posuniętej ostrożności, na wypadek uznania ww. umowy za zawartą (co jednak w mojej ocenie w świetle przepisów nie mogłoby mieć miejsca), mój Klient złożył oświadczenie o odstąpieniu od umowy w trybie art. 2 ustawy z dnia 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny;
  3. wskazał na prawne konsekwencje nieuczciwych działań pana Habiaka i wezwał do ich zaprzestania.

W mojej ocenie tryb zawierania umów, który stara się zaimplementować pan Krzysztof Habiak w ramach domeny „legeartis” pozostaje w oczywistej sprzeczności z regułami kontraktowania i składania oświadczeń woli wynikającymi z Kodeksu cywilnego i jako taki nie może prowadzić do skutecznego powstawania jakichkolwiek zobowiązań po stronie adresatów jego praktyk. W związku z tym oczywiście poleciłem Klientowi, by w przypadku otrzymania od pana Krzysztofa Habiaka jakiejkolwiek faktury czy wezwania do zapłaty nie dokonywał żadnych płatności.

W dalszej kolejności wystosowaliśmy pismo do biura informacji gospodarczej, które wedle zapowiedzi pana Krzysztofa Habiaka miało ujawnić rzekome  zadłużenie mojego Klienta, wskazując na fakt nieistnienia tego zadłużenia. Ujawnienie w prowadzonych przez biura informacji gospodarczej rejestrach (długów i dłużników) nieprawdziwych danych dotyczących zadłużenia (np. ujawnienie nieistniejącego zadłużenia, jak w naszej sprawie) jest zagrożone karą grzywny do 30.000 złotych.

Dodatkowo zgłosiłem Prezesowi Urzędu Komunikacji Elektronicznej fakt rozsyłania przez pana Krzysztofa Habiaka tzw. niezamówionej informacji handlowej, co stanowi naruszenie zakazu określonego w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną, i jest kwalifikowane jako czyn nieuczciwej konkurencji. Jednocześnie o praktykach pana Krzysztofa Habiaka zawiadomiłem Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, wnosząc  o wszczęcie stosownego postępowania wyjaśniającego.

W dalszej kolejności  rozważamy skierowanie do sądu powództwa o ustalenie nieistnienia zobowiązania mojego Klienta (co pozwoli „obronić się” przed fałszywymi wpisami w rejestrach długów i dłużników) oraz powództwa o odszkodowanie za poniesioną przez mojego Klienta szkodę (w tym polegającą na konieczność pokrywania kosztów prawnika w celu obrony przed nieistniejącym zobowiązaniem).

W sprawie rozważamy też możliwość skorzystania ze środków ochrony prawnokarnej.

To cały szereg działań wymierzonych w Krzysztofa Habiaka. Ci, którzy się dali złapać tak, jak Piotr Rubik, muszą przede wszystkim złożyć pismo o uchyleniu się od skutków prawnych oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu oraz - na wszelki wypadek - złożyć pismo o wypowiedzeniu umowy.

Rozmawiałem także z mecenasem Łukaszem Poszwińskim, który też znalazł się na oszusci.org i pro publico bono zgodził się napisać cały dokument, który należy zanieść do prokuratury - z dokładnym opisem działań Krzysztofa Habiaka oraz z listą paragrafów, które łamie. Link do dokumentu i szczegóły, co robić, dostępne są TUTAJ.

 

poniedziałek, 07 lipca 2014

Jest sukces! Krzysztof Habiak, właściciel serwisu De Lege Artis naciągającego przedsiębiorców na opłaty abonamentowe, nie będzie mógł już straszyć wpisem do Krajowego Rejestru Długów. Instytucja ta zerwała z Habiakiem umowę w trybie natychmiastowym.

O Habiaku i jego stronie De Lege Artis pisałem w weekend w "Wyborczej" i rozmawiałem w programie Polsat News "Nowy Dzień" z Krzysztofem Ibiszem i mecenasem Michałem Wołoszańskim. Habiak wysyła z niego maile do przedsiębiorców, które mają ich skusić do odwiedzenia strony. Gdy na nią wejdą, wyświetla się podstrona z opisem polityki cookies. Jednak w długim opisie znajduje się też fragment mówiący, iż tak naprawdę jest to regulamin umowy, którą podpisujemy, jeśli tylko klikniemy akceptację polityki cookies. Kwoty do zapłaty są różne - dochodzą nawet do kilku tysięcy złotych. Gdy nie chcą płacić - Habiak wysyła wezwania do zapłaty z groźbą wpisu do Krajowego Rejestru Długów.

Przedsiębiorcy nie muszą się już jednak obawiać wpisu do KRD - Habiak nie może już z niego korzystać. Po informacjach, że „De Lege Artis” wyłudza pieniądze, KRD rozwiązało z nim umowę w piątek, 4 lipca w trybie natychmiastowym. - To oznacza między innymi zablokowanie dostępu do systemu KRD. Tym samym Krzysztof Habiak nie ma możliwości wpisania kogokolwiek do naszej bazy danych. Nie ma też prawa do posługiwania się w rozsyłanych wezwaniach do zapłaty logo KRD, które jest zastrzeżonym znakiem towarowym - mówi rzecznik prasowy Rejestru Andrzej Kulik. Każdy, kto dostał wezwanie do zapłaty pod groźbą wpisania do Rejestru, może już spać spokojniej. - Jesteśmy instytucją zaufania publicznego, nie tylko nie możemy, ale i nie chcemy współpracować z tego typu osobami - zapewnia Andrzej Kulik.

Nie oznacza to jednak, że cały problem z głowy. Jak mówi mecenas Michał Wołoszański z kancelarii Wołoszański, Rożko i Partnerzy, osoby, które nabrały się na ten podstęp, powinny wysłać pismo z uchyleniem się od skutków prawnych oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu oraz z ostrożności pismo z wypowiedzeniem umowy. Następnie najlepiej udać się do prokuratury.

 

sobota, 05 lipca 2014

De Lege Artis Krzysztof Habiak

Krzysztof Habiak, znany internetowej społeczności z wyłudzającego pieniądze katalogu firm kbiz.pl, powraca. Tym razem oferuje dostęp do "serwisu prawno-edukacyjnego" De Lege Artis, za który każe sobie płacić kilkaset złotych miesięcznie. - Kliknąłem tylko raz w dziwny mail i od razu przyszła mi faktura - opowiada Krzysztof Ibisz, znany dziennikarz i prezenter telewizyjny, który dał się nabrać na nowy "biznes" Habiaka.

- To wyjątkowo wyrafinowany podstęp. Ten pan musiał się nieźle napracować - zarówno pod kątem technologicznym, jak i prawnym, by to wszystko wyglądało na uczciwe - mówi mecenas Michał Wołoszański z kancelarii Wołoszański, Rożko i Partnerzy.

Rzeczywiście, Krzysztof Habiak zadbał o to, by jego "interes" był dobrze stworzony. Swój "ekskluzywny internetowy serwis prawno-edukacyjny" De Lege Artis założył pod adresem lege-artis.edu.pl. Mają w nim być zamieszczone rzekomo porady prawne dla przedsiębiorców.

Spersonalizowane linki

Na jakiej zasadzie działa? Prawdopodobnie automat ze strony Habiaka "zasysa" dane o przedsiębiorcach z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, a następnie dla każdego podmiotu automatycznie generuje spersonalizowaną podstronę. W adresie znajduje się nazwa firmy oraz nazwisko jej właściciela. Potem adres tej podstrony wysyłany jest na skrzynkę pocztową przedsiębiorcy z krótkim dopiskiem. Mail do Krzysztofa Ibisza wyglądał tak:

De Lege Artis Krzysztof Habiak

Większość przedsiębiorców zaintrygowanych treścią maila i adresem z jego własnym nazwiskiem wchodzi w taki link. Zwłaszcza, że subdomena "edu.pl" wskazuje, że jest to serwis zaufany. Nic bardziej mylnego! Pod linkiem kryje się bardzo długi regulamin strony zatytułowany u góry jako opis polityki cookies - tego typu komunikaty wyświetlają się na wszystkich stronach internetowych i z reguły internauta od razu go akceptuje. - Ledwo kliknąłem i za chwilę dostałem kolejnego maila z fakturą do opłacenia na kwotę 815 zł 92 grosze - mówi Ibisz.

Fałszywa polityka cookies

Jakim prawem za akceptację polityki cookies ktokolwiek może sobie kazać płacić? Otóż cookies na stronie De Lege Artis to tylko podpucha. Wystarczy przewinąć "Politykę Cookies" w dół, by dowiedzieć się, że w rzeczywistości mamy do czynienia z regulaminem, a ich akceptacja to tak naprawdę akceptacja zapisów tego regulaminu, czyli umowy opiewającej na wysokie kwoty. Osób, które tak dały się na to nabrać, jest dużo więcej, ale kwoty do zapłaty są różne. "Po kilku  minutach [od kliknięcia] dostałem fakturę na 510,77 netto. Tak, jak poprzednicy, umowa na miesiąc, jak również miesięczny okres wypowiedzenia. Dla mnie jest to próba wyłudzenie i po południu sprawdzę co na to policja" - pisze jeden z internautów na Forum Prawnym. Zebrało się tam już kilkaset osób, które wpadły w tę pułapkę.

Kto nie chce zapłacić, dostaje kolejnego maila: z ostrzeżeniem, że w przypadku braku zapłaty przedsiębiorca zostanie dopisany do Krajowego Rejestru Długów. Jak udało nam się dowiedzieć, KRD wie już o działalności Krzysztofa Habiaka i serwisu De Lege Artis i ma się tej sprawie przyjrzeć.

Habiak: "wierzę w sprawiedliwość"

A co na to sam Habiak? Na swojej stronie opublikował oświadczenie "w związku z licznymi pomówieniami w środkach masowego komunikowania się". Zapewnia w nim, że wszystko, co robi, jest zgodne z przepisami. Ba - porywa się nawet na charakterystykę przedsiębiorców, którzy wpadli w jego pułapkę: "Część przedsiębiorców do których została skierowana moja oferta, wykazała się rażącym niedbalstwem i niezachowaniem należytej staranności, polegającym na niezapoznaniu się, lub niewystarczającym zapoznaniem się, z moją ofertą, a pomimo tego przesłaniem oświadczania woli o jej akceptacji. Warto dodać, iż tak rażące niedbalstwo, zgodnie z dorobkiem doktryny i judykatury, nie może stać się przyczyną do uchylenia się od swojego oświadczenia woli" [pisownia oryginalna]. Dodaje też, że składa już doniesienia na pomawiające go osoby.

Jeszcze ciekawiej Krzysztof Habiak charakteryzuje samego siebie, na podstronie "O autorze". Oprócz opisu swego doświadczenia prawnego, pisze także: "Wierzę w prawdę, dobro, piękno i sprawiedliwość".

W sprawiedliwość wierzą zapewne także setki osób, które teraz mają do czynienia z Krzysztofem Habiakiem i tysiące osób, które miały z nim do czynienia wcześniej - przy okazji jego poprzedniego "serwisu" kbiz.pl. Był to katalog firm internetowych również przeznaczony dla przedsiębiorców. I oni również dostali w pewnym momencie umowy i faktury. Nie popuścili jednak i sprawą zajmuje się wrocławska Prokuratura Okręgowa. Zgłosiło się do niej już kilka tysięcy poszkodowanych osób.

Nie płacić, zgłaszać na prokuraturę!

Czy Habiak ma rację, twierdząc, że wystarczy kliknąć, by podpisać z nim umowę? - Tego typu przypadki to cały czas sprawa dyskusyjna. Polskie prawo nie jest w tym względzie doprecyzowane - mówi mecenas Michał Wołoszański. I zaleca wysłanie pisma z uchyleniem się od skutków prawnych oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu i z ostrożności wypowiedzenia umowy. A potem zgłosili sprawę do prokuratury. - Im więcej zgłoszeń, tym szybciej będzie można rozpocząć całą procedurę - mówi prawnik.

O jak najszybszym zakończeniu tej sprawy marzy też na pewno mecenas Marcin Gonigroszek. Jego kancelaria nazywa się... De Lege Artis, przez co wielu poszkodowanych błędnie z pretensjami kieruje się właśnie do niego. Gonigroszek zapewnia jednak w specjalnym oświadczeniu, że "nie posiada żadnych powiązań faktycznych, ani prawnych z De Lege Artis Krzysztof Habiak".

 

piątek, 04 lipca 2014

littlebaby.pl

34-letni gdańszczanin Paweł B. stanął przed sądem za swą działalność w e-handlu. Według prokuratury oszukał 102 osoby na ponad 105 tys. zł.

O B. i jego sklepie littlebaby.pl fora internetowe huczały od dawna. Rodzice, którzy chcieli tam kupić dziecięce akcesoria (np. foteliki samochodowe, zabawki, rowerki, chodziki czy maty edukacyjne), często zostawali z pustymi rękami i pustym portfelem. Pierwsze takie przypadki pojawiły się jeszcze w 2011 roku, ale przez długi czas nikt z pokrzywdzonych nie zgłaszał tego policji. Oczywiście nie wszystkie transakcje kończyły się stratą pieniędzy internautów - niektórzy dostawali zamówiony towar, niektórym Paweł B. potrafił zwrócić pieniądze. Zwykle wiązało się to jednak z długimi tygodniami mailowania, straszeniem sądem i wysyłaniem pism prawniczych.

Na sklep Pawła B. natrafił między innymi Grzegorz Marczak, właściciel serwisu technologicznego Antyweb. W grudniu 2011 roku kupił w nim kilka prezentów dla swoich dzieci. Do marca 2012 nie zobaczył ani towaru, ani pieniędzy - mimo że zażądał ich zwrotu. „Minęły 3 miesiąc i pomimo tego, że sklep odpowiada na maile i telefony to jednak pieniędzy nie mogę odzyskać. Opisuję tę sytuację z kliku powodów. Przede wszystkim chcę wszystkich ostrzec, aby omijać sklep littlebaby.pl. Nie wiem czy mają problemy finansowe, czy też to po prostu brak instynktu samozachowawczego – nie jest to jednak istotne dla klienta który wpłaca pieniądze” - pisał Marczak na swojej stronie.

I gdy opisał, właściciel sklepu w końcu zwrócił mu pieniądze, a kłopoty z realizacją transakcji tłumaczył ciężką chorobą, jaką przechodzi.

Nie wiadomo, jak tłumaczył się innym poszkodowanym, ale tych można znaleźć dziesiątki. „Złożyłam zamówienie 23 kwietnia 2014 roku, po kilkunastu mailach 21 maja napisali, że zamówienie jest gotowe do wysyłki. Do dzisiaj nic. Pisałam, że w związku z brakiem realizacji rezygnuję z zamówienia - brak odpowiedzi, zgłaszałam problem przez formularz kontaktu na ich stronie - brak kontaktu. To jest jakiś okrutny żart z kobiety w zaawansowanej ciąży” - pisała na początku czerwca jedna z naszych czytelniczek.

W międzyczasie w sieci pojawił się kolejny sklep kupnanecie.pl założony na osobę o tym samym nazwisku, która choć wypierała się, że z littlebaby.pl nie ma nic wspólnego, to zapomniała z regulaminu swego sklepu usunąć nazwy „littlebaby.pl”.

Dziś ani jeden, ani drugi sklep już nie działa, a Paweł B. musi tłumaczyć się w sądzie. Akt oskarżenia w tej sprawie skierowała Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Śródmieście.

Zarzut stawiany B. to oszustwo 102 osób na kwotę ponad 105 tys. zł. Ale to nie musi być koniec - jak zapewnia trójmiejską „Wyborczą” szefowa prokuratury Renata Klonowska. - Połączyliśmy śledztwa z całej Polski, poszkodowanych wciąż przybywa - tłumaczy Klonowska. Pawłowi B. grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia. 

 

Tagi: Przekręty
11:18, eprzekret
Link Komentarze (1) »